Wspomnienia po latach
Prywatne rozmyślania
Pisanie tekstów pożegnalnych jest równie przygnębiające jak pisanie nekrologów. Jedyny weselszy punkt to ten, że pisze się własny nekrolog, a nie kogoś, kogo się naprawdę lubiło. Ale w życiu zawodowym nawet cztery lata regularnej współpracy to już jest coś, to jakiś tam dorobek, jakieś dwa tysiące stron maszynopisu, przyzwyczajenie podszyte lękiem, czy aby nie przeradza się w tępą rutynę. Z „Poglądem" zetknąłem się przez telefon. Gdzieś w 1983 roku dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung" opublikował mi satyryczne opowiadanie, które spodobało się redaktorowi Klimczakowi. Zadzwonił i poprosił o polską wersję. Był to pierwszy rok mojej emigracji i największym zmartwieniem było — gdzie pisać.
W tym roku ma przyjechać do RFN z Polski łącznie 200 tys. osób na stałe — 120 tys. jako przesiedleńcy i 80 tys. z prośbą o azyl. Jednego zmartwienia mieć nie będą — co czytać, bo żadnego polskiego pisma do czytania już w Niemczech nie będzie. W jakiejś knajpie, zdaje się we Francji, widziałem napis nad szynkwasem — „Naród, który nie potrafi utrzymać swoich gastronomów nie zasługuje na jedzenie." Można by to sparafrazować, ale po co? Jakie to ma znaczenie wobec faktu, że na trzysta tysięcy Polaków — nie wspominam tu o żadnej innej kategorii, tylko o rdzennych Polakach, którzy osiedlili się w RFN po roku 1945 — czyta nie więcej jak 2 do 3 tysięcy? Wyjaśnienie upadku finansowego „Poglądu" może być rozmaite. A więc marksistowskie — Polacy mieszkający w Niemczech stanowią klasę ubogą, wyzyskiwaną i głodującą, zupełnie tak, jak to przedstawia „Trybuna Ludu". Nic więc dziwnego, że nie stać ich na kupowanie słowa, skoro brakuje im na chleb. Trzeba zobaczyć jednak tych proletariuszy Wspólnego Rynku przy ciężarówkach firm, transportujących paczki do Polski, żeby wszystkie złudzenia co do związku bytu ze świadomością, a właściwie świadomości z bytem pękły jak reformy Sadowskiego.Myślę oczywiście o reformach gospodarczych. Może być również wyjaśnienie systemowe, zwalające winę na komunistów — Polacy przyjeżdżający z PRL nasyceni są odruchową nienawiścią do drukowanego, wyrobioną w sposób naturalny przez wieloletnie obcowanie z pismami Urbana, Wojny, generała Dobraczyńskiego, Lobmana i im podobnych. Słodko jest człowiekowi zmuszanemu do kupowania „Trybuny Ludu" użyć przy przekroczeniu Odry z Nysą Łużycką a potem Łaby zwykłego papieru toaletowego. Ludzie. motywujący swoje przeniesienie się na Zachód własną aktywnością polityczną i brutalną aktywnością aparatu ucisku podtarłszy zadek papierem bezdrzewnym tracą wszelkie zainteresowanie dla polityki — znów trochę to za łatwe, zbyt dialektyczne. Więc może decyduje tu mentalność, przekonanie, że Polak, wyjechawszy na Zachód z samej racji tego, że raczy być Polakiem, potomkiem Chodkiewicza, Jana Sobieskiego, księcia Józefa Poniatowskiego i Jana Kiepury powinien wszystko dostawać za darmo, nie wyłączając gazety? (...)
Ale bądźmy sprawiedliwi. Właśnie partia Zielonych wpisała na pierwsze miejsce swojej listy kandydatów do Parlamentu Europejskiego polskiego Cygana, Rudko Kawczyńskiego, który ma reprezentować 15 tysięcy mieszkających w Europie Cyganów. Około dwa miliony Polaków, mieszkających w Zachodniej Europie nigdy nie wpadły na ten.pomysł, żeby ich także ktoś w Europej-skiem Parlamencie reprezentował. Nie wpadli także na to przywódcy opozycji krajowej i ich doradcy, chociaż w Sztrasburgu od lat zasiadają przedstawiciele opozycji czeskiej. Jeśli więc generalnie, w kraju czy za granicą, mamy gdzieś świat razem z jego realiami, czyż może dziwić, że tym mniej interesuje nas opis tego świata? Zresztą mogę sobie łatwo wyobrazić, co by się działo, gdyby do Parlamentu w Sztrasburgu nie kandydował polski Cygan a polski Polak — te donosy, opluskwiania, plotki, te denuncjacje, że to agent — w zależności od orientacji autora — sowiecki lub niemiecki. Zresztą to jest wyjście, to jest pomysł nie tylko na uratowanie „Poglądu" ale nawet na zrobienie wielkiego interesu — wydawanie pisma poświęconego donosom, pogłoskom i rozróbom. Sukces gwarantowany, wysoki nakład, masy czytelnicze. Polskie pismo w Niemczech, żeby miało powodzenie, musiałoby zamieszczać nazwiska i adresy — najlepiej ze zdjęciami — pań z Polski, które się prostytuują, nazwiska osób będących „na socjalu" a kupujących sobie Mercedesa, porady gdzie najtaniej kupić video i jak oszukać rząd. Odpowiadałoby to potrzebom i zainteresowaniom mas, które dumę narodową zaspokajają faktem, że papieżem jest Polak, a potrzeby intelektualne sycą przeglądaniem katalogu firmy wysyłkowej Ouelle. Niech więc nikogo nie dziwi, że „Pogląd" upada — w Wielkiej Brytanii najbardziej znanym Polakiem jest Leszek Kołakowski, we Francji pewnie Roman Polański, we Włoszech — pomijam Karola Wojtyłę — Gustaw Herling Grudziński a w Niemczech? W Niemczech polską kulturę reprezentuje pani Teresa Orłowska, dzięki której Niemcy nabierają miłego, ale całkowicie mylnego pojęcia o temperamentach Polek. Gdyby tak wydać broszurkę „Polka w Kaufhalle" albo zrobić na ten temat film na kasecie, dopiero wtedy okazałoby się co jest prawdziwym powołaniem naszych kobiet. Zważywszy to wszystko, jasnym się staje, dlaczego „Poglądu" nie będzie — jest niepotrzebny nikomu, może poza tymi, którzy do niego pisali i z kraju i zza granicy i jeszcze tymi, którzy powielali go w podziemiu gdzieś w Warszawie, Poznaniu czy we Wrocławiu. Oczywiście, powyższy wykład zadowolić może tylko mnie samego, bo dał mi okazję do upuszczenia żółci i odciążenia wątroby. Czytelnicy, jeśli jeszcze nie podarli czasopisma, wymagają zapewne głębszej, naukowej analizy. Wymagania takie biorą się z pewnej psychologicznej zasady — ludzie sięgają z braku lepszego zajęcia po zadrukowane, przystępują do lektury z wyrobionym z góry podejściem, które ma być dwojakie — część czyta, żeby się przekonać, że autor jest od nich głupszy, część zaś, że jest mądrzejszy. Jest to założenie a priori, dotyczy nie tylko publicystyki ale i literatury i między innymi z tego powodu zawód krytyka literackiego jest jałowy: nigdy nie przekona on faceta mającego Nienackiego za geniusza, że to grafoman, ani zresztą odwrotnie. Mam tę świadomość i wiem, że tym, co napisałem do tej pory zadowoliłem grupę czytelników uważających mnie za ponurego chama, osikująćego mętnym moczem wszystkie narodowe świętości od Konrada Wallenroda po Józefa Glempa, od Tadeusza Kościuszki po Tadeusza Mazowieckiego, a także Leszków Białego i Czarnego oraz Moczulskiego. Teraz postaram się zadowolić tych, którzy uprzejmie darzą mnie zaufaniem, sądzą, że jestem mędrcem obserwującym z zimnym dystansem obroty ciał zbiorowych w PRL i odgadującym z nich przyszłość. Proszę bardzo, teraz coś dla wierzących w niezłomną wzniosłość mej duszy. Otóż „Pogląd" upada, bo upaść musi a w jego ślady pójdą po kolei wszystkie wydawnictwa periodyczne najpierw na emigracji a potem w kraju. W roku dwutysięcznym na całym świecie nie będzie się wydawać ani słowa po polsku za wyjątkiem przedruków z prasy sowieckiej poświęconych „pieriestrojce", „głasnosti" i destalinizacji z komentarzami Drawicza. Nawet „Trybuna Ludu" zostanie zlikwidowana, a ostatnią książką, jaka wyjdzie w Polsce będzie wznowienie, w gigantycznym nakładzie, książki jej redaktora naczelnego Jerzego Maki, zatytułowanej „Jak zorganizować drużynę zuchów". Tytuł tej książki to przecież zadanie, jakie stoi dziś, stać będzie jutro i pojutrze przed Jaruzelskim, Rakowskiem, PZPR, rządem, Sejmem, stronnictwami sojuszniczymi i mecenasem Siłą-Nowickim. Czasopisma przestaną wychodzić, gdyż to, co dzieje się w Polsce, nie będzie miało — podobnie jak dziś — żadnego znaczenia. Czas będzie wyznaczał puls Moskwy, tak jak wyznaczał go od dawna, tyle że zaowocuje wreszcie wysiłek uświadomienia tego Polakom. Dzienniki, dziś potrzebne są, by się dowiedzieć, gdzie wyłączone zostanie światło, gdzie ciepło, a gdzie woda, także staną się zbędne, bo wszystko będzie wyłączone na zawsze.
Rozszaleje się reforma gospodarcza, powstaną prywatne przedsiębiorstwa produkujące szelki, musztardę, grzebienie, gliniane koguciki i sznurowadła, których organem założycielskim będzie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. W telewizji codzinnie nadawana będzie dyskusja między Miodowiczeam a Wałęsą, w której Miodowicz codziennie będzie zachęcał Wałęsę do wstąpienia do OPZZ, a Wałęsa codziennie będzie z godnością odmawiał. Kamerę będzie oczywiście obsługiwać Andrzej Wajda, a mikrofon Penderecki. Premier Rakowski jeździć będzie po świecie z wykładami o pluralizmie politycznym tłumacząc zachodnim zacofańconv że prawdziwy pluralizm jest dopiero wtedy, gdy władzę mają komuniści, a konkretnie ten z nazwiskiem Rakowski. I po co w takiej sytuacji pisma, po co w ogóle sztuka drukarska i umiejętność pisania? Publicystyka polityczna jest zawsze próbą porządkowania i racjonalizowania rzeczywistości. Jak długo jednak można racjonalizować coś, co jest absolutnie pozbawione sensu? Jak długo można cieszyć się z faktu, że w grze z władzą w odpowiedzi na wyjście opozycji asem pik partia przesunęła czarnego konia na a4? Jeśli mi przykro z likwidacji „Poglądu" to tylko dlatego, że pismo to stworzone uporem jednego faceta na zupełnie jałowym gruncie było dobrym uzupełnieniem polskiego absurdu. Życzę Państwu spokojnego snu w Boże Narodzenie, a także wszystkie dni Nowego Roku 1989 nie wyłączając 22 lipca i 7 listopada.
MACIEJ RADWAN RYBIŃSKI
Od redakcji:
RYBIŃSKI MACIEJ (1945 — ✝2009/Warszawa), dziennikarz, publicysta i pisarz. W latach 1983-1989 był m.in. korespondentem BBC w RFN, publikowal w Poglądzie pod nazwiskiem Maciej Radwan-Rybiński i własnym. Był stałym felietonistą Poglądu prowadząc cykl "Prywatne rozmyślania". W latach 1987/89 był też redaktorem naczelnym Poglądu. Do Polski wrócił w listopadzie 1998. Odznaczony po śmierci Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Por: Wikipedia
|